Metodologia magla

Odyseusz wracał do ojczyzny dziesięć lat. O trzy lata dłużej warszawska prokuratura starała się odnaleźć zabójców Gen. Marka Papały. Determinacja w pełni uzasadniona, bo żadna zbrodnia nie powinna pozostać bez kary. Dziwi jednak metodologia pracy zastosowana przez prokuraturę. Zgodnie z zasadami sztuki najpierw powinno się zebrać dowody winy, a dopiero gdy nie budzą one wątpliwości stawiać zarzuty podejrzanym. Tu zamiast na dowodach śledczy oparli się na materiałach pochodzących z magla, czyli na plotce.

Rezultaty okazały się opłakane. Na podstawie opowieści zasłyszanych postawiono zarzuty polonijnemu biznesmenowi. W konsekwencji spędził on sześć miesięcy w areszcie ekstradycyjnym nim amerykański sędzia uznał, że przedstawione dowody są niewiarygodne. Kiedy nie udało się z biznesmenem, prokuratorzy opierając się na pomówieniu świadka koronnego, oskarżyli kolejne osoby. Gdy proces zbliżał się do końca, koncepcja śledczych zmieniła się. Nowym podejrzanym stał się ten sam świadek koronny, który pomówił swoich kolegów.



Nie wiem, która wersja jest prawdziwa. Pewnym jest natomiast, że z czterech aresztowanych osób, przynajmniej trzy były uwięzione bezpodstawnie. Nie zamierzam za śledczych próbować rozwiązywać kryminalnej zagadki. Może okazać się, że i tym razem strzelili kulą w płot. Bardziej zastanawiam się nad kondycja polskiej kryminalistyki.
Jestem po kolejnej lekturze „Stulecia detektywów” Jurgena Thorwalda - dokumentalnej opowieści jak przez ostatnie stulecie za pomocą osiągnięć wiedzy udało się rozwikłać najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne.

Czy z tych zdobyczy wiedzy korzystają nasi śledczy? Najczęściej dowiadujemy się, że w trakcie zabezpieczania miejsca przestępstwa policji udało się unicestwić pozostawione ślady.
Do dziś pamiętam akcję policji, gdy włamano się do mojego mieszkania. Zastałem wypchnięte okno ze śladami brudnych paluchów na szybie i odcisk buta na parapecie -podręcznikowe przykłady dowodów pozwalających zidentyfikować sprawcę. Pewny, że winni zostaną złapani, spokojnie oczekiwałem na przybycie stróżów prawa. Po kilku godzinach pojawił się funkcjonariusz, zaopatrzony w dziesiątki formularzy, które pracowicie wypełniał.

Gdy wszystko podpisałem, uścisnął mi dłoń i ruszył do wyjścia. „A co ze złodziejami?” – spytałem. Funkcjonariusz chwilę się zastanowił, po czym powiedział: „To pewnie jak zwykle robota tych spod szesnastki”. „Trzeba szybko przeprowadzić tam przeszukanie, zanim ukryją fanty” – starałem się podpowiedzieć z pozoru proste rozwiązanie. Policjant nie podzielał mojego zapału. „Pewnie już za późno, zanieśli towar do pasera pod trzynastym i teraz świętują na melinie. Przeszukanie nic nie da, nic im nie udowodnimy”. „A odciski palców, a ślad osmologiczny?” – starałem się podpowiedzieć rozwiązania znane studentowi pierwszego roku szkoły policyjnej w Szczytnie. Policjant spoglądał na mnie z coraz mniej ukrywanym obrzydzeniem. – „Cały personel od daktyloskopii jest na urlopie, a pies tropiący ma szkolenie”. Nie muszę dodawać, że złodziei nigdy nie złapano...

Taka wyglądała kondycja organów ścigania pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Pasjonująca była lektura ówczesnych gazet. Dziennikarze opisywali codzienne wyczyny przedstawicieli grup przestępczych, zaś policja udawała, że nic się nie dzieje. Nielegalne interesy funkcjonowały znakomicie, zaś przypadkowe zatrzymania przedstawiane były jako sukcesy.

Nagle wszystko się zmieniło dzięki wprowadzeniu instytucji świadka koronnego. Zatrzymani przestępcy mając do wyboru albo odsiadywać długotrwałe wyroki albo odzyskać wolność w zamian za wsypanie kolegów, bez namysłu zaczęli wybierać ten drugi wariant. Chętnych by sypać było tak dużo, że funkcjonariusze stali się wybredni. Wkrótce już tylko wybrani, najbardziej aktywni mogli liczyć na odpuszczenie grzechów. Jaka zachęta dla wyobraźni. Jeśli czegoś nie wiemy, zawsze możemy to wymyślić, żeby wykazać swoją przydatność dla wymiaru sprawiedliwości.

Sztuka kryminalistyki praktycznie obumarła zaś praca organów ścigania zaczęła sprowadzać się do spisywania protokołów ze spowiedzi skruszonych przestępców. Na efekty nie dało się długo czekać, jesteśmy w czołówce krajów płacących najwyższe odszkodowania za błędy wymiaru sprawiedliwości.

Nie jestem przeciwny instytucji świadka koronnego, jednak powinna być ona uzupełnieniem śledczej pracy policji, a nie podstawowym sposobem demaskowania przestępców. Jeśli praca śledczych sprowadza się do słuchania plotek, skutki muszą okazać się opłakane. Było już kilka alarmujących sygnałów; oskarżenia kończące się uniewinnieniami, stwierdzania u osób, którym nadano statusy świadków koronnych patologicznych skłonności do kłamstwa. Obecnie Sąd, aresztując „Patyka”, uznał za uprawdopodobnioną wersje, że stał się on świadkiem koronnym, by odwrócić od siebie podejrzenie o morderstwo w zastępstwie wskazując kozły ofiarne.
Jak dużo podobnych historii nie zostanie nigdy ujawnionych?

Jan Pietrzak twierdził w kabarecie „Pod Egidą”, że „historia uczy tego, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła”. A może kompromitacje jakiejś instytucji może spowodować zmiany? To najlepszy moment, żeby zacząć od nowa. Czy dotychczasowa metoda, gdy świadek poddawany był jedynie prokuratorsko – policyjnej obróbce była właściwa? Może zmienić zasady i wprowadzić dodatkowe prawne wymogi weryfikacji wiarygodności kandydatów na świadków: obowiązkowe testy psychologiczne, badania poligraficzne, kryminalistyczną weryfikacje ich zeznań?
Uwielbiam bajki, jednak wolałbym, by wyroki na salach sądowych zapadały w oparciu o zdobycze wiedzy, a nie po bezkrytycznym wysłuchiwaniu opowieści z krainy wyobraźni.
Trwa ładowanie komentarzy...